RECENZJE: Kochałem ją
-
Dodano: 20:00 11 października 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Recenzje
- Choć okazuje się, że „Kochałem ją” jest czymś więcej niż typowo francuską paplaniną o związkach, zarazem daleko temu tytułowi do miana arcydzieła – pisze Joanna Tercjak z Kulturalnego Torunia.
Daniel Auteuil, historia nieszczęśliwej miłości i rodzinne tajemnice – brzmi jak kwintesencja francuskości na ekranie. Wnioskując po streszczeniu, niczego innego nie spodziewałabym się po nowym filmie Zabou Breitman, który jednakże kontynuuje autorski kierunek dotychczasowej filmografii reżyserki „Beautiful Memories” i „The Man of My Life”. Choć okazuje się, że „Kochałem ją” jest czymś więcej niż typowo francuską paplaniną o związkach, zarazem daleko temu tytułowi do miana arcydzieła. To film z gatunku tych, które pozostawiają widza z mieszanymi uczuciami, bo pod płaszczykiem atrakcyjnej formy i zgrabnej narracji skrywa dość ubogie przesłanie – można w nie uwierzyć tylko o tyle, o ile trafia ono akurat w indywidualną wrażliwość i przekonania odbiorcy.
Z jednej strony pełna wyczucia konstrukcja, zręcznie łącząca zmieniające się plany czasowe oraz nawet najbardziej poboczne wątki, a do tego liryzm obrazów, często wyrażających dużo więcej niż słowa, tworzą osobistą, dość wyjątkową atmosferę filmu. Z drugiej – schematyzm wkradający się raz po raz w opowieść, pęknięcia w budowie postaci tudzież powierzchowne rozwiązania kluczowych problemów wywołują poczucie generalnego braku. Główni bohaterowie (w wykonaniu Daniela Auteuila, Marie-Josee Croze i Florence Loiret Caille), zagrani z rozmachem godnym najlepszych aktorskich tradycji, przez niedostatki scenariuszowe stają się nagle papierowi, to znów popadają w przerysowanie wskutek sentymentalnego nadmiaru. Efekt jest taki, że film zbliża się do sedna, nigdy jednak go nie osiągając. Zapowiedź psychologicznej głębi rozbija się o powierzchnię zbyt oczywistego love story.
Choć pobrzmiewa tu echo współcześnie powszechnych bolączek, jak niezdolność do autentycznego zaangażowania i emocjonalna maskarada, w gruncie rzeczy swym nowym filmem Breitman zdaje się mówić tylko tyle: Ludzie boją się kochać, bo miłość jest jednoznaczna z cierpieniem. Bez uczuć, bez namiętności, są martwi za życia. Ludzie boją się żyć. Żyją życiem pożyczonym, wygodnie obwarowani przyzwyczajeniami, zobowiązaniami i kompromisami, które dają bezpieczeństwo za cenę oddechu. Po tych dość banalnych stwierdzeniach reżyserka serwuje na deser zbyt łatwe pocieszenie.
„Kochałem ją” może przypaść do gustu tym, którzy wierzą w potęgę miłości i jej niepodważalne prawo do wywracania świata do góry nogami. Pozostali wyjdą z kina niewzruszeni, by zapomnieć co prędzej o tej historii. Dlaczego? Bo brak tu kluczowej jakości wybitnego kina – zdolności siania emocjonalnego fermentu i podważania utartych przekonań.
Joanna Tercjak









