RECENZJE: Nowy Iron Maiden
-
Dodano: 08:56 23 sierpnia 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Marcel Woźniak, Recenzje
Iron Maiden znów na orbicie
Zacznijmy od tego, że Ironi nic nikomu udowadniać nie muszą. Czy to określenie na wyrost? 150 milionów sprzedanych płyt mówi samo za siebie, tak jak koncerty na pełnych obrotach od ponad 30 lat. Jedyny zespół, który lata własnym Boeingiem w trasę po świecie, jedyny pilotowany przez.. wokalistę! Dziewica z Żelaza bynajmniej nie rdzewieje (kto tak sądzi niech będzie gotowy na ustrzelenie przez bas Steve’a Harrisa). Chłopaki za nic myślą kapitulować. „Final Frontier” zdaje się potwierdzać tę tezę.
.
„Iron-story” pisze się na nowo od albumu „Brave New World” – uważanego za być może najlepszy w ich dorobku, bo nagrany na początku stulecia w starym-nowym składzie, z Dickinsonem i Smithem, uwieńczony monstrualnym koncertem w Rio. Album kompletny, totalny, bez słabych punktów.
O kolejnych krążkach – „Dance of Death”, podobnie jak o „A Matter of Life and Death” – zdania są podzielone. Podobnie jak szeregi fanów – tych wyznających religijnie Maidenów z lat 80., i tych, którzy każdy kolejny winyl przyjmują z namaszczeniem. Reasumując, każda płyta po BNW staje pod zmasowanym atakiem krytyki…
Kosmiczni kowboje nie kazali długo czekać fanom na kolejny 15. w swym dorobku album – „Final Frontier”. Kosmiczni, bo w takiej to intergalaktycznej stylistyce powracają na orbitę. I uderza już pierwszy utwór! „Satellite 15…Final Frontier”, zbudowany jest z kilkuminutowego intro wprowadzającego słuchaczy w stan nieważkości. To dalece posunięty zabieg stylistyczny – kilka minut sprzęgów i odrealnionych dźwięków. Chłopacy z East Endu lubują się w tego typu zagrywkach na początku płyty (wspomnijmy choćby „Ides of March” czy „Churchill’s Speech”). Potem idą już klasyczne dla ‘otwieracza’ riffy, jakże bliźniacze z „Different World” czy „Wildest Dreams” a wizja statków kosmicznych (pojawiająca się w tytułowym teledysku, czy scenografii scenicznej) jest równie śmiała, jak pomysły z albumu „Somewhere In Time” (25 lat temu!), choć mniej futurystyczna, niż ta z Eddim-Cyborgiem. Maideni przeżywają w ostatnich 3 latach wyraźny powrót na szczyt popularności, równy tej z połowy lat 80. Zawdzięczają to m.in. wspomnianej trasie „Somewhere Back in Time” odbytej dzięki Ed Force One (prywatny Boeing). Wydaje się, że tym razem poszli za ciosem, o czym może świadczyć postsatelitarna stylistyka, a w tym – kiczowata okładka, jakże niezwykle… brzydka (można ją porównać chyba tylko z „No Prayer For The Dying”).
Choć płytę reklamowały kawałki „El Dorado” i tytułowy „Final Frontier”, to jej najmocniejszymi jej elementami są „Starblind”, „Mother of Mercy” i „Isle of Avalon”. To szlagiery, które na koncertach będą grane już zawsze. Przyznaję jednak, iż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że album nagrany został jakby w pośpiechu. Solidna robota – tak. Ale czy coś więcej? Dickinson śpiewa lekko i bez wysiłku, ale przez to – momentami zupełnie amorficznie. Także trzy gitary Adriana, Janicka i Dave’a mogłyby pokusić się momentami o coś więcej, niż dublowanie riffów i unisona. W grze perkusji słychać, że Nicko ma swoje lata, a miks nieustannie na pierwszy plan wysuwa bas Harrisa. Wydawać by się mogło, że z jednej strony postawili na stare, sprawdzone patenty – czyli długie wstępy, galopadę w środku, ultraszybką stopę, dzikie solówki i melodyjny refren. A z drugiej – postanowili kontynuować progresywną nutę słyszalną już na poprzednim krążku. „Frontier” zdaje się jednak stawać w połowie drogi między tymi biegunami. Więc owszem, odnosi się wrażenie, że Maideni wyraźnie chcą pokazać coś więcej, ale – niestety – momentami aranżacje cechuje brak konkretnego kierunku, w którym idzie płyta.
Ale to oczywiście kwestia sporna. Podobnie jak zarzut o powtarzalność patentów. Bo jeśli się uprzeć, to rzeczywiście: zwrotka i temat muzyczny w „The Alchemist”, to niemal kopia „Be Quick or Be Dead” (album „Fear Of The Dark”), a „The Talisman” wyraźnie nawiązuje do „The Legacy” z poprzedniego albumu; zaś do „Out of the shadows – Coming Home”. Siłą Maidenów jest jednak ich styl właśnie. Są przez to rozpoznawalni, mniej zbaczający z kursu, jak Metallica, którą niemal pogrzebano żywcem (po „Kill ‘Em All’), względnie – wtrącono do lochów Guantanamo (po „St. Anger”).
15. płyta trafia w solidny środek listy. Poniżej “Number of The Beast”, czy “Brave New World”, ale ponad „A Matter Of Life and Death”, „Powerslave”, „X-Factor”, „No Prayer For Dying” czy „Virtual XI”. Zresztą – oceńcie sami. Na pewno warto mieć ten krążek na półce. Niech na niej zresztą trochę poleży, a wówczas, kto wie? Może będzie z nim, jak w „Powrocie do przyszłości”:
- Doktorze, to jest naprawdę ciężkie (tłum. z ‘really heavy!’).
- Ciężkie?.. Martie, czyżbyście mieli jakieś problemy z grawitacją w przyszłości?W oczekiwaniu na – oby – przyszłoroczny koncert w Polsce. Miłego odsłuchu!
Marcel Woźniak









