RECENZJE: On Air na Tofifest
-
Dodano: 13:08 29 czerwca 2010
wydarzenie pod patronatem kulturalnytorun.pl
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Joanna Tercjak, Patronat KT, Recenzje, Tofifest
„Altiplano” i „Street Days” to kolejne filmy z konkursu głównego ON AIR jakie zobaczyła publiczność festiwalu Tofifest. Piszą Joanna Tercjak i Żaneta Dolatowska.
„Altiplano”, reż. Jessica Hope Woodworth, Peter Brosens
Zrobienie filmu w reżyserskim tandemie z pewnością nie jest łatwą sztuką, a przypadki sukcesów autorów podwójnych są w historii kina stosunkowo rzadkie. Zderzenie dwóch odmiennych wrażliwości, konfrontacja dwóch różnych punktów widzenia mogą jednak dać ciekawe rezultaty, o ile twórcom uda się dojść do konsensusu bez szkody dla spójności dzieła. W przypadku prezentowanego w międzynarodowym konkursie Tofifest „Altiplano” można by się spodziewać, iż wybór pokrewnych dróg twórczych reżyserskiej pary stanowi twarde podłoże dla owocnej współpracy. Zarówno Woodworth, jak i Brosens mają na swoim koncie dokumentalne obrazy o etnograficznej proweniencji. Niemniej jednak, w trakcie seansu da się wyczuć zmienne postawy twórców, raz bardziej doświadczoną, to znów nieco mniej wprawną rękę osoby stojącej po drugiej stronie kamery.
„Altiplano” to kameralny dramat, rozgrywający się w sceneriach godnych epickiego fresku o polityczno-społecznych zagmatwaniach współczesnego świata. Grace, belgijska fotoreporterka irańskiego pochodzenia, Max, okulista leczący kataraktę w Andach oraz Saturina, młoda Indianka z Peru zostają połączeni wspólną opowieścią za sprawą tragicznej serii przypadków. W świecie zdominowanym przez anonimowe grupy interesu, od korporacji po organizacje terrorystyczne, ludzie zamieszkujący różne szerokości geograficzne wydają się skazani na samotność w swoim cierpieniu oraz dojmujące poczucie bezsilności w walce z politycznymi zawieruchami. A jednak, jakże ludzka umiejętność odczuwania empatii i ponadkulturowego porozumienia jest niby światło na końcu tunelu. To humanistyczne przesłanie wybrzmiewa tym dobitniej w wątku problematyzującym współczesne media, ich rolę w budowaniu płaszczyzny komunikacji oraz siłę przełamywania obojętności.
Z pewnością autorzy włożyli w tę przejmującą opowieść masę twórczego wysiłku i chyba niestety przedobrzyli. Etnograficzny autentyzm obrazów, ilustrujących życie peruwiańskich Indian, oniryczne sceny z kategorii latynoamerykańskiego realizmu magicznego oraz stonowane fragmenty w klimacie europejskiego dramatu psychologicznego przeplatają się wywołując ogólne poczucie nadmiaru. Takie połączenie elementów, samych w sobie wartościowych i wycyzelowanych, sprawia, iż całość wydaje się nieco nierówna i traci na spójności, do czego dodatkowo przykładają się odmienne style aktorstwa i zmienna temperatura emocjonalna. Uznanie dla ciekawie poprowadzonej narracji i uniwersalnego ujęcia ważnych, aktualnych problemów rozpływa się ostatecznie w finalnym wrażeniu estetycznego pęknięcia, mało subtelnej gry na uczuciach oraz artystycznej egzaltacji.
Joanna Tercjak
„Street Days”, reż. Levan Koguashvili
Pokaz konkursowego filmu „Street Days” w reżyserii Levana Koguashvilego otworzył wczoraj pasmo Nowe Kino Gruzińskie, które stanowi, jak podkreślili organizatorzy festiwalu, pierwszy przegląd filmowej twórczości tego kraju w Polsce.
Ulice Tbilisi: dziurawe chodniki, na pół zrujnowane kamienice, powszechna brzydota i poczucie beznadziei, brak pracy, brak pieniędzy, brak perspektyw. Checkie, główny bohater „Street Days”, jest narkomanem w średnim wieku. Całymi dniami koczuje z kolegami na ulicy w oczekiwaniu na sygnał od dilera. Ma żonę, która zaharowuje się, by utrzymać rodzinę i kolegę ze szkolnej ławki, któremu się powiodło i został ministrem. Znajomość Checkiego z synem prominenta, Iką, wykorzystują policjanci, którzy stawiają bohaterowi ultimatum: wsadzą go do więzienia za narkotyki, jeśli nie wciągnie Iki w nałóg, co z kolei pozwoliłoby im szantażować majętnego ojca. W ten sposób zawiązuje się akcja, ale problemów Checkie ma więcej: wieczny głód narkotykowy i niezapłacone raty kredytu, które grożą najściem komornika. Presja staje się ze wszystkich stron coraz większa, a kamera często natarczywie wpatruje się w Checkiego, jakby oczekując od niego jakiegoś ruchu. Bohater istotnie próbuje znaleźć rozwiązanie, ale każde podjęte przez niego działanie wywołuje jeszcze gorszy skutek.
W tej rzeczywistości niemal wszyscy są dla siebie wrogami lub w każdej chwili mogą się nimi stać. Policja obyczajami przypomina mafię, a rozgoryczeni brakiem „działki” kumple bez wahania pobiją Checkiego na ulicy. Ludzie są zupełnie znieczuleni na tragedie innych. Bohater, nie mogąc zdobyć heroiny, idzie do kolegi, którego babcia choruje na raka, żeby wyprosić trochę morfiny. Kiedy dowiaduje się, że starsza pani zmarła, mówi tylko: „Szkoda”. Oczywiście szkoda działki, a nie babci. Makabrycznych obrazów nieszczęść i nędzy materialnej i moralnej jest w „Street Days” znacznie więcej, a momentami ich natężenie staje się niemal groteskowe.
Tylko w dzieciach tkwią jeszcze jakieś pokłady dobra, ale i nad nimi ciąży wszechobecny fatalizm. Checkie z kolegami codziennie wysiadują pod szkołą, do której kiedyś chodzili. Budynek od ulicy od ulicy oddziela wysoki mur, ale nie jest on żadną barierą. Wiadomo, że dzieciom, gdy dorosną, nie pozostanie nic innego, jak zająć miejsce po jego drugiej stronie, razem z innymi narkomanami.
Film ma wyraźną intencję przytłoczenia widza ponurymi obrazami, ale nie do końca mu się to udaje. Właśnie dlatego, że ta intencja jest zbyt wyraźna. „Street Days” nie angażuje emocji widza. Obliczony na epatowanie brzydotą ludzi i świata, obraz Koguashvilego wywołuje u odbiorcy raczej opór i znużenie niż katharsis. Reżyser chciał odtworzyć atmosferę w kraju postsowieckim, w którym transformacja ustrojowa nie obyła się bez ofiar. „Street Days” miało być obrazem całego pokolenia, które nie przystosowało się do nowych warunków i którego potencjał został zmarnowany. I właśnie może ten brak równowagi między dążeniem do ukazania syntezy życia zbiorowości a losem jednostki zaważył na tym, że filmowi brakuje tego czegoś, by widz uwierzył w dramat Checkiego.
Po projekcji odbyło się spotkanie z reżyserem. Publiczność ciekawiło zwłaszcza, na ile prawdziwy był obraz Gruzji przedstawiony w filmie. Levan Koguaschvili powiedział, że scenariusz był kompilacją opowieści zasłyszanych, faktów z życia wielu jego znajomych oraz rzeczy, które się nie zdarzyły, ale są bardzo prawdopodobne. Padło też pytanie, jaki wizerunek jego kraju bardziej odpowiada rzeczywistości – ten z filmu czy z folderów turystycznych. „Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku” – odpowiedział reżyser. I dodał: „Film nigdy nie odzwierciedla rzeczywistości, zawsze wiąże się z kreacją. „>>Street Days<< opowiada o bólu, a żeby ta historia była spójna, wymagała odpowiedniego tła”. Zdradził też, że pracuje nad kolejnym scenariuszem, bardziej komediowym, w którym pokaże nieco inne, mniej ponure oblicze Tbilisi, ale na pewno daleko będzie mu jeszcze do obrazka, który nadawałby się na widokówkę z wakacji w Gruzji.
Żaneta Dolatowska









