RECENZJE: „Uczeń czarnoksiężnika”
-
Dodano: 07:00 23 sierpnia 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Cinema City, Filmy, Katarzyna Stosio
Magia dla początkujących
„Uczeń czarnoksiężnika”, reż. John Turtletaub
Jeśli ktoś myśli, że maga w Nowym Jorku spotkać niełatwo, jakże się myli. Wystarczy zboczyć z głównej drogi w zaułek, w którym fruwają płachty starych gazet i wejść do przybytku zwanego Arcana Cabana lub podobnie, gdzie kurzą się abażury z frędzlami i greckie wazy, a istnieje duża szansa, że spotka się tam ucznia samego Merlina lub Morgany. Dziesięcioletni David Stutler (Jay Baruchel) poznaje czarnoksiężnika Balthazara Blake’a (Nicolas Cage) w takich właśnie okolicznościach. Jednak nie jest to przypadek, lecz chciałoby się rzec fatum. Młodzieniec jest bowiem predystynowany do tego, by zostać uczniem mistrza i jednym z najpotężniejszych magów, a ponadto dokonać wielkiego czynu, który odmieni magiczny świat. Zanim jednak Balthazar będzie mógł wziąć chłopaka w obroty i nauczyć go podstaw swojego fachu, upłynie dekada. Te dziesięć lat mag spędzi w jednej urnie ze swoim największym wrogiem Horvathem (Alfred Molina), zaś chłopak na leczeniu traumy po spotkaniu z magiem oraz rozwijaniu swojej pasji do fizyki.
W wieku lat dwudziestu, już jako niemal mężczyzna, David rozpoczyna wyczerpujący niczym trening Rockiego, przyspieszony kurs magii. Chłopak zdolny jest, bo konstruuje sobie sam cewki Tesli i podobne urządzenia, ale nauka sztuk magicznych to nie jest czysta fizyka. Okazuje się, że nie tak łatwo jest rzucać dragonballe siłą własnego umysłu, stąd proces kształcenia obfituje w wiele sytuacji komediowych.
„Uczeń czarnoksiężnika”, jak na współczesną produkcję Disneya przystało, nie jest naiwną bajeczką, ale porusza również istotne dla młodzieży kwestie pewności siebie, wiary we własne możliwości, pokonywania nieśmiałości itp. Oczywiście w filmie znalazły się też wszelkie niezbędne ELEMENTY, sklasyfikowane przez Josepha Cambella w koncepcji monomitu. Jest więc WEJŚCIE W NIEZWYCZAJNY ŚWIAT, liczne POTYCZKI, następnie PRÓBA, dojdzie też do OSTATECZNEGO STARCIA, a w bohaterze nastąpi ZMIANA. Wymienione elementy następują po sobie jak należy, a jednocześnie jest ładnie i miło, raczej nie strasznie, trochę śmiesznie, ale niezbyt rubasznie.
Gołym okiem widać, że „Uczeń czarnoksiężnika” nie jest produkcją niskobudżetową – niektóre efekty specjalne, a wśród nich „step-up taniec zmysłów” wykonany przez szczotki i mopy (zaczerpnięty ze starej jak samo kino „Fantazji” Disney’a), lot stalowym ptakiem czy walki Balthazara z Horvathem, to kawał naprawdę dobrej roboty. Nowy Jork w opcji magicznej wydaje się być całkiem fajnym miejscem do latania i uczenia się sztuki czarnoksięstwa.
Wielu uciech przysparza postać wylansowanego ucznia Horvatha, Drake’a Stone’a, granego przez Toby’ego Kebbela (Johnny Quid z „Rock’n'Rolli”), wyborny jest również Alfred Molina w roli Horvatha. Jay Baruchel jako David, choć nieco irytuje swoją ciapowatością, również tworzy kreację sympatyczną i wiarygodną. Jednak niekwestionowaną gwiazdą filmu jest oczywiście nie kto inny jak Nicolas Cage.Gdybym miała ułożyć ranking moich ulubionych aktorów cierpiących, Nicolas Cage znalazłby się w nim na drugim miejscu, tuż za Emily Watson. Nawet w filmie familijno-rozrywkowym, jakim jest „Uczeń czarnoksiężnika”, posępne oblicze aktora rozchmurza się rzadko i jedynie po to, by zabłysnąć zwięzłym dowcipem lub docenić postępy ucznia. Absolutnie nie narzekam – gdy widzę jak Nicolas Cage cierpi, czuję, że wszystko jest na swoim miejscu i seans można zaliczyć do udanych. Nic tak nie poprawia nastroju jak odrobina stałości i konsekwencji we współczesnym, tak szybko zmieniającym się świecie.
Katarzyna Stosio









