RECENZJE: Widok cudzego cierpienia
-
Dodano: 22:02 20 października 2010
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Artur Jabłoński, Książki, Recenzje
Czym jest fotografia? Czy należy włączać ją w obręb sztuki, czy też jej miejsce jest wśród przedmiotów użytkowych? Jak zmieniał się sposób postrzegania i użytkowania zdjęć od chwili powstania do czasów współczesnych? Na te i wiele innych pytań Susan Sontag odpowiada w swojej książce „O fotografii”. Wydana nakładem wydawnictwa Karakter, rozpoczęła edycję serii dzieł niezwykle charyzmatycznej amerykańskiej intelektualistki. Drugim tytułem, który się w niej ukazał, jest, jak głosi napis na tylnej stronie okładki, „rozwinięcie oraz uzupełnienie” poprzednika – „Widok cudzego cierpienia”.
Z cytowanym sądem można się jednocześnie zgodzić i nie zgodzić. Z jednej strony autorka faktycznie rozszerza swoją perspektywę. W centrum zainteresowania stawia nie tylko fotografię jako taką, lecz również, a może nawet przede wszystkim, jej odbiorcę, widza, który lubuje się w oglądaniu serwowanych mu obrazów. Z drugiej ogranicza się – za obiekt refleksji wybiera tylko jeden typ: fotografię wojenną.
Sontag próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, co fascynuje nas w obrazach z pola walki, w czym tkwi ich przyciągająca siła. W toku wywodu obejmuje refleksją wszystkie rodzaje przekazu medialnego, dostrzega ich dobre i złe strony. Telewizja, radio, Internet są w stanie błyskawicznie przekazać odbiorcy informacje dotyczące aktualnej sytuacji na terytorium konfliktu. Posiłkując się przy tym materiałami wideo i fotografiami, które pomagają unaocznić dziejące się zło. Na uprzywilejowany status uczestnika multimedialnego dyskursu, mogącego bez przeszkód lawirować i wybierać spośród zalewających go zewsząd wiadomości, nałożone są jednak pewne ograniczenia. Mnogość zagadnień, niezliczoność samego cierpienia sprawia, że o doborze prezentowanych treści decydują kryteria w rodzaju atrakcyjności tematu czy politycznej poprawności. Dzięki temu o wielu zbrodniach ludzkość wie znacznie mniej, niż powinna; zostają zmarginalizowane, przez co stopniowo popadają w zapomnienie. Inne, być może przejaskrawione (o ile wolno nam w ogóle wartościować w takich przypadkach), nie znikają z pierwszych stron gazet.
Sontag dużo miejsca poświęca pragmatycznemu wymiarowi działania fotografii, także jej najpodlejszym użyciom. Manipulacja prezentowanym materiałem to zjawisko ogólnoświatowe, które w granicach rozsądku jest tak naprawdę złem koniecznym. Jednakże sterowanie wywoływanymi przez obrazy emocjami wykorzystuje się często dla osiągnięcia znacznie podlejszych celów niż podniesienie oglądalności. Za ich pomocą wywołuje się nienawiść. „Podczas starć między Serbami a Chorwatami na początku niedawnych wojen na Bałkanach te same zdjęcia dzieci zabitych podczas ostrzału wioski krążyły zarówno podczas serbskich, jak i chorwackich propagandowych konferencji prasowych. Wystarczy zmienić podpis i śmierć dzieci można wykorzystywać wielokrotnie”. To pokazuje, że fotografia nie służy przekazywaniu wiarygodnych informacji, lecz potwierdzaniu z góry przyjętej tezy. Nie jest w stanie odsłonić prawdy. Mimo że jest pozornym odzwierciedleniem rzeczywistości, zawartość ideowa fotografii nie pochodzi z zewnątrz, jej sens konstruuje sam odbiorca. Jeżeli nie jesteśmy gotowi zaakceptować przekaz, to nawet dowody rozłożone przed naszymi oczami nie są w stanie nas przekonać, „są niezmiennie odrzucane jako upozowane przed kamerą. Typową reakcją na widok fotograficznych dowodów potworności popełnionych przez stronę własną jest stwierdzenie, że zdjęcia sfabrykowano, okropieństw tych wcale nie popełniono”.
Prawda i abstrakcja. Według Sontag te dwie kategorie wydają się kluczowymi, gdy chodzi o nasze postrzeganie i ocenę fotografii, jej wartość i role, jakie może pełnić. Człowiek pragnie zaufać cudzemu doświadczeniu. Każde zdjęcie jest formą interpretacji rzeczywistości, temu trudno zaprzeczyć, lecz chcemy wierzyć, że pozostaje w maksymalnym możliwym stopniu obiektywne. Oczekujemy od fotografa szczerości, dlatego z oburzeniem przyjmujemy do wiadomości, że zostaliśmy oszukani, jak w przypadku słynnego zdjęcia zrobionego w 1950 roku dla magazynu „Life” przez Roberta Doisneau, przedstawiającego całującą się na chodniku pod paryskim Hotel de Ville parę. Informacja o tym, że sytuację tę upozorowano „wywołała uczucie zawodu wśród tych, dla których jest ona symbolem bliskiej sercu wizji romantycznej miłości”. To prawda decyduje o sile fotografii. Wojenne zdjęcia Roberta Capy czy takie jak wykonane przez Eddiego Adamsa w lutym 1968 roku zdjęcie szefa narodowej policji Wietnamu Południowego generała Nguyena Ngoc Loana strzelającego na ulicy w Sajgonie do człowieka podejrzanego o przynależność do Wietkongu uderzają w nas najmocniej, bowiem wiemy, że te zdarzenia miały miejsce. To daje tym fotografiom moralne prawo wymuszania na nas sprzeciwu wobec prezentowanych wypadków. Im obraz surowszy, bardziej „szorstki”, tym lepiej – jak pisze Sontag, „nie powinny być [one] piękne”, gdyż „piękne zdjęcie odwraca uwagę od dającego do myślenia tematu i kieruje ją ku samemu medium”, osłabiając wyrazistość przekazu. W dodatku jest niebezpieczne, bo „wysyła sprzeczne sygnały. Połóżcie temu kres, przekonuje, lecz jednocześnie wykrzykuje: cóż za widowisko”. Łaknienie emocji zaspokajane za pomocą podanych w atrakcyjny sposób fotografii może przytłumić poczucie wstydu, winy, odpowiedzialności za oglądane krzywdy (mniejsza o to, czy uzasadnione), motywujące do przeciwdziałania podobnym wypadkom.
Wspomniane zdjęcie Doisneau pokazuje nam drugą niezwykle istotną cechę zdjęć: abstrakcyjność. Zazwyczaj doszukujemy się w nich odniesień ogólnoludzkich – tematem rzadko czyniony jest konkret. Na tym bazuje również fotografia wojenna. Umierający żołnierze, palone wioski, głodujący cywile – dotyka ich cierpienie, które w odpowiednich okolicznościach mogłoby spotkać każdego z nas, przez co ofiary stają się nam bliższe. Mamy również tendencję do traktowania wojny jako wyabstrahowanej z rzeczywistości aberracji, podobny proces dotyczy jej utrwalonych przedstawień – zyskują wymiar symboliczny, zaczynają funkcjonować pozbawione odniesień do konkretnych okoliczności historycznych.
To tylko kilka myśli rozwijanych przez Sontag w toku jej niezwykle zajmującego wywodu. Erudycyjna książka analizuje w przystępny sposób zagadnienia z obrębu wielu spotykających się w obranej tematyce dyscyplin: psychologii postrzegania, socjologii, historiozofii i innych. Autorka zdecydowanie wykracza poza sam fenomen fotografii. Stawia pytania natury etycznej, wpisuje się także w nurt krytyki współczesności, lecz jest to krytyka wyważona. Nie unika kontrowersji: w swoim stylu (i w iście postkolonialnym duchu) demaskuje hipokryzję Zachodu, gdy mowa chociażby o marginalizowaniu niektórych konfliktów zbrojnych. „Widok cudzego cierpienia” zawiera w sobie bunt wobec opisywanego stanu rzeczy, lecz przede wszystkim pomaga go zrozumieć.
Artur Jabłoński
Susan Sontag, Widok cudzego cierpienia, Karakter, 2010









