SPOTKANIE / Marek Krajewski
-
Dodano: 13:39 2 czerwca 2011
Kategorie: Recenzje, Spotkania
Tagi: Książki, Magdalena Kus, Spotkanie
Kiedyś na tworzenie fabuły wystarczyłyby mu dwa dni. Z upływem czasu zajmuje to Krajewskiemu coraz więcej czasu. Dzięki temu ma jednak szansę nie deptać własnych śladów i nie powielać samego siebie. Natomiast przez to, że w ogóle nie czyta kryminałów, nie powiela pomysłów cudzych – o spotkaniu Marka Krajewskiego z czytelnikami pisze Magdalena Kus.
Niezwykle uporządkowany, a wręcz pedantyczny. Mimo to, na rzecz spotkania z toruńskimi czytelnikami, Marek Krajewski naruszył niezmienny harmonogram swoich zajęć i zjawił się w Sali Wielkiej Dworu Artusa. 31 maja, punktualnie o 18.
Autor powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku oraz Edwardzie Popielskim odwiedzał już Toruń. Pierwszy raz – kilkanaście lat temu, przy okazji konferencji poświęconej filologii klasycznej. Dziś jego pracy nie reguluje już kalendarz roku akademickiego.
Od pierwszego stycznia do piętnastego lipca pisze. Rozpoczyna o godzinie szóstej rano, kończy o jedenastej, urywając niekiedy w pół zdania. Brudnopis jego powieści pełen jest odnośników, przypominających aby w czasie przyszłym sprawdzić pojawiające się niejasności. Jego zdaniem, pisanie w ramach ustalonych godzin chroni go przed syndromem pustej kartki, tudzież pustego ekranu. Czas regularnie spędzany na pracy – bez względu na jej rezultaty – buduje poczucie spokoju. Autor wie, że zachował się uczciwie, bo pracował – jeśli, niekiedy, bez satysfakcjonujących efektów, to trudno.
Następnie odpoczywa – sześć tygodni, w domku nad jeziorem, w Wielkopolsce. Potem pełen wigoru wyrusza na spotkania autorskie i z redakcją wydawnictwa Znak zajmuje się marketingową stroną swego pisarstwa. Czyta jedną książkę na siedem dni i właśnie z literatury, a także z filmów oraz rozmów – w tym z czytelnikami – czerpie inspiracje. Nie ignoruje żadnego pomysłu, bez względu na to czy pojawił się w miesiącach przeznaczonych na pracę twórczą, czy w czasie spotkań autorskich. Myśli, fragmenty rozmów oraz fragmenty wypowiedzi nagrywa na dyktafon, który towarzyszy mu wszędzie. Później przepisuje nagrania na komputer, do pliku „pomysły”. Tam czekają na swoją kolej.
Kiedyś na tworzenie fabuły wystarczyłyby mu dwa dni. Z upływem czasu zajmuje to Krajewskiemu coraz więcej czasu. Dzięki temu ma jednak szansę nie deptać własnych śladów i nie powielać samego siebie. Natomiast przez to, że w ogóle nie czyta kryminałów, nie powiela pomysłów cudzych.
Sceny nasyca brutalnością, by wzbudzać zainteresowanie czytelnika. Jego literatura nie jest „romansem”, ani tzw. literaturą kominkową. Taka ilość i nasycenie okrucieństwa służy zniechęceniu do „czarnego charakteru”. Przez to pomaga czytelnikowi poczuć ulgę i satysfakcję, gdy sprawiedliwość zostaje wymierzona i rzeczywistość wraca na normalne tory.
Scen erotycznych nie lubi pisać i pracuje nad nimi bardzo długo. Musi starannie wyważyć, by nie przeszły w pornografię (w „Liczbach Cherona” scenę erotyczną opisał funkcjami matematycznymi). Podziwia Andrzeja Sapkowskiego, który ma ogromny dystans do swoich postaci. Sam tego dystansu ma natomiast mniej. Dzięki temu jego bohaterom nieobca jest łacina, a ich podniebieniom – wykwintne jedzenie. Lubią szachy oraz grę w brydża.
Krajewski pisząc swoje powieści korzysta z pomocy specjalistów kryminologów oraz lekarzy sądowych. Dawniej konsultował wątpliwości po napisaniu książki. Dziś – po przygotowaniu planu powieści – poprzedza nimi akt pisania i, jak twierdzi, także z nich czerpie inspiracje.
Od pisania odpoczywa po 15 lipca, ale poza wakacyjnymi wyjazdami do domu letniskowego w Wielkopolsce Marek Krajewski opuszcza rodzinny Wrocław nieczęsto. Jak powiedział, nie przepada za podróżowaniem a lotnisk, które przecież są synonimem oddalania się od domu na znaczne odległości, wręcz nie znosi.
Spotkanie było prawdziwą ucztą. Z pisarzem rozmawiał dr Rafał Moczkodan, a fragmenty nowej powieści „Liczby Charona”, ku wyraźnemu zadowoleniu gościa, czytał aktor Teatru Horzycy, Paweł Tchórzelski. Trudno nie poczuć się wyjątkowo w towarzystwie osoby, która odnosi się do swoich rozmówców z niezwykłą estymą, wyczerpująco odpowiadając na wszystkie pytania z sali. Jak przystało erudycie, Marek Krajewski opowiadał o swojej pracy literackiej niezwykle opisowo i barwnie. Był na tyle uprzejmy, że jednemu z wielbicieli swojej prozy zdradził – w przybliżeniu – dalsze losy głównego bohatera cyklu o komisarzu Edwardzie Popielskim. Kto nie był – ten ich nie pozna.
Magdalena Kus









