TEATR / Ja, Dyktator
-
Dodano: 21:29 18 listopada 2011
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Baj Pomorski, Chesney, Spektakle, teatr wiczy
Hitler. Diabeł. Morderca. Zło wcielone. Komory gazowe. Despota. Człowiek z zaburzeniami! Człowiek? Bez żartów. Potwór. Znamy go. Wiemy o nim wszystko. Obejrzeliśmy go z każdej strony, a ten cały podły nazizm przemieliliśmy w głowach setki razy. I co? No okazało się, że tak niedokładnie, że Romulad Wicza-Pokojski z Krystianem Wieczyńskim znaleźli lukę. Wzięli Hitlera, dodali Chaplina i zbudowali opowieść o wewnętrznej bitwie i granicy sprzedania się, co tam, skurwienia wręcz. Historię o ideach i wartościach, które niby to oczywiste i ostro zarysowane, a jednak trzeba się powygimnastykować, żeby im sprostać.
Furher jest z boku. Jest na drugim planie. Na scenę wchodzi aktor. Sunie po ekstrawaganckim puszystym dywanie do srebrnego retro mikrofonu. Zapowiada opowieść o Charliem i nazistach. O Chaplinie, który właśnie tworzy swój pierwszy udźwiękowiony film – „Dyktator”. Aktorska zapowiedź potęguje teatralną fikcję, jest drugim startem przedstawienia. Iluzjonista wprowadza nas w świat iluzji. Jest przełom 1939 i 1940 r.
Sytuacja stworzona w spektaklu nigdy się nie wydarzyła. Chaplin nigdy nie pertraktował z niemieckimi notablami o biznesowym kontrakcie, nigdy nie zastanawiał się nad konszachtami z III Rzeszą, nie planował podróży do Berlina. Prawdą jest jednak, że stworzył komedię o Hitlerze, prześmiewcze dzieło o postrachu demokratycznego świata i że zrobił to przede wszystkim z powodu podobieństwa jakie łączyło germańskiego wodza z trampem, najsłynniejszą wykreowaną przez siebie postacią. Ich cechą wspólną był charakterystyczny czarny wąsik. Bardzo symetryczny. Niewielki. W zagłębieniu między nosem a górną wargą.
„Ja, Dyktator” to fantazmat. Chaplin przygotowuje końcowy monolog filmu. Robi go wbrew otoczeniu, które ma mu za złe, że za długo kręcił nieme obrazy, że był zbyt stanowczy w swoich postanowieniach i nie chciał poddać się biznesowym trendom. Chaplin przygotowuje monolog. Nad czym rozmyśla? Tutaj można by tylko krótką serią: prawdzie, szczerości, sztuce, rozrywce, granicy między nimi. Wieczyński kreuje postać, która jest nie tylko klaunem i satyrykiem przygotowującym propagandową antyhitlerowską bombę z pastiszu i groteski, ale przede wszystkim zagubionym artystą, poszukującym sensu tworzenia. Wiczowski Chaplin to wygłodniały prawdy aktor. Walczy on na dwóch płaszczyznach. Jedna jest mikro. Tu odbywa się bardzo przyziemna bitwa o granice, które wyznaczają linię, za którą artysta staje się prostytutką. Chaplin szykuje monolog i stawia się w hipotetycznej sytuacji. „Co gdyby pojawił się niemiecki dygnitarz i zaoferował zarobek. Dziewięciocyfrowy zarobek?” – pyta się przed lustrem . Tak jakby grał w garderobie ubogą etiudę. Tak jakby tylko w samotności mógł odpowiedzieć na nurtujące go pytania.
Rozmawia więc z przerysowanym do granic Mullerem. Kąpię się w hotelowej wannie, w apartamencie, za który ten zapłacił. Zastanawia się jakby to mogło być. Rozmyśla o Europie. Porównuje ją do sierocińca z dzieciństwa, miejsca, w którym nie zauważało się cierpienia, marginalizowało je. Miejsca na niby. W tej mikroopowieści nie brak humoru, choć jak na Wiczę-Pokojskiego humor to ciut za mdły. Zbyt wiele w nim przewidywalności a za mało czerni. W zamian, jak na toruńskiego reżysera przystało, mamy scenograficzny minimalizm, z którego udaje się wydobyć wspaniałości. Warto wspomnieć o zwykłej filmowej taśmie, która w jednej ze scen zamienia się w linię rozwiniętą nad przepaścią – przechadza się nią nasz zastanawiający się bohater.
Pusta scena jest to również pole do popisu dla Wieczyńskiego, który mówi, stepuje i czasami odkrywa przed widzem swoje umiejętności pantomimiczne. Jeżeli coś może się nie podobać to step. Nie ze względu na jego złe wykonanie, jest wręcz przeciwnie, ale na przydługawe sceny w podkutych butach, które ani atmosfery nie kreują, ani do epoki nie przenoszą. Są za to powodem rozluźnienia, które wieńczą gromkie rewiowe brawa z widowni.
Wiczowski Chaplin nie walczy jednak tylko o swoje dobre samopoczucie. Przygotowywany ostatni monolog „Dyktatora” spycha naszego bohatera na niebezpieczne wody imponderabiliów i życiowych prawd, o których dziś często opowiada się w taki sposób, że po chwili stają się komunałami. Wiczy-Pokojskiemu udaje się jednak powiedzieć wszystko bez szkód dla spektaklu. Z jego Chaplina bije naturalność. Kiedy staje na mównicy i szykuje się do monologu gasną światła. Nasz bohater nie zdąży powiedzieć tych wielkich słów o wolności i równości, ale zdąży wykrzyczeć, co mu się nie podoba. Zdąży przekonać publiczność, że monolog nie będzie jedynie finałem filmu, ale spazmem człowieka. Każdego człowieka, którego gdyby choć trochę poczekać, gdyby zostawić go choć na chwilę samego w garderobie, to powie lub przyklaśnie tym słowom:
Chesney









