WYWIAD / Dariusz Kowalski

  • pamela (foto)

    Dodano: 13:03 11 listopada 2011

    Kategorie: Recenzje, Wiadomości

    Tagi: , ,

    W PIĄTEK RUSZA DWUDNIOWY HRPP FESTIWAL:

    DZIEŃ 1.

    DZIEŃ 2.

    Chesney: Hard Rock Pub Pamela. Klub oddalony od Starówki, mały lokal z dziwną nazwą, a mimo to przyciąga tłumy i jest już legendą. Na czym polega magnes tego miejsca?

    Dariusz Kowalski, właściciel HRP Pamela: Nie mam pojęcia. Koncerty robię, a raczej robimy, od 13 lat. Przewinęło się przez to miejsce wiele zespołów. Grali tu artyści z najwyższej półki i ci, którzy dopiero zaczynają swoją drogę. Magnes? To prawda – nie narzekam na brak ofert. Myślę, że dorobek i historia Pameli jest tym, co najbardziej przyciąga. Naszą popularność zawdzięczamy w dużej mierze szeptanemu marketingowi.

    Pamiętasz pierwszy koncert?

    Pewnie. Klub zaczął działać w 1998 r. w lutym, a w maju zagrała pierwsza kapela. Byli to uczniowie ze szkoły muzycznej. Grali standardy jazzowe.

    Jakie wydarzenie było przełomowe dla lokalu?

    Chyba wszystkie. Każdy następny koncert to przełom. W Pameli wierzymy w „drogę małych kroków” – wyznaczamy sobie skromne, ale niełatwe cele. Nie zależy nam na tym, aby szokować, zaistnieć w mediach, rzucić na kolana. Myślimy raczej o tym, aby kolejny projekt, koncert, inicjatywa, były udane i ciekawe. Wiele w tym rozsądku, ale to się opłaca – jesteśmy zaufanym partnerem dla artystów.

    Dlaczego tak skromnie?! W Pameli grają zespoły z najwyższej półki. Jaki był pierwszy zespół znany w całej Polsce, który zagrał w salce przy ul. Legionów.

    Od razu zaczęliśmy z wysokiego „c”. Mieliśmy wsparcie toruńskich gwiazd : wielokrotnie grały u nas takie grupy jak Kobranocka, Nocna Zmiana Bluesa czy Zdrowa Woda. Pierwszym z bardziej znanych spoza miasta był Oddział Zamknięty. Publiczność nie zmieściła się w środku, więc przez okna zaglądała do klubu, aby posłuchać legendarnej kapeli.

    Kto na co dzień zagląda do Pameli?

    Odwiedzają nas wszyscy. Robotnicy, informatycy, właściciele firm, profesorowie i studenci. Pamela to taki pub żywcem wyjęty z lat 70. i 80. z Wysp Brytyjskich. Jest bar, niedużo miejsca, mieszana klientela i muzyka, którą grają ci najbardziej znani. Tak było niegdyś w Anglii. Szedłeś na piwo, a na scenie występował akurat Stranglers albo Madness.

    Koncert Bikini w Pameli:

    Zdajesz sobie sprawę, że odniosłeś sukces marketingowy?

    Nie umiem tego tak ocenić, nie chcę na to patrzeć z perspektywy marketingu, „targetu” i biznesu. Idea pubu jest prosta: klub otwarty na różnych artystów i różną publiczność. To miejsce spotkań, a nie maszynka do robienia gigantycznych pieniędzy. Organizujemy darmowe koncerty, podczas których gwiazdy, muzycy są na wyciągnięcie ręki. Po występie można sobie wypić piwo z Pawłem Mąciwodą (basista zespołu Scorpions – dop.red.), wziąć autograf i porozmawiać. Bariera między wielkim światem artystów i publicznością tu nie istnieje. To jest w Pameli norma – nie warto się chyba tym za bardzo ekscytować.

    Dużo zespołów chce u was grać?

    Czasami aż się czerwienię, kiedy pomyślę, komu musieliśmy odmówić…

    Komu na przykład?

    To nie jest ważne. Przypominam o „drodze małych kroków” – czasami trzeba odmówić, czasami coś się nie uda. Nie ma jednak  co się zrażać. Nie wiem, dlaczego, ale wielu osobom się wydaje, że zorganizowanie koncertu, zaproszenie gwiazdy, to rzecz niemal niemożliwa do zrealizowania. Nieprawda. Wiele kapel gra u nas, bo akurat są w trasie po północnej Polsce. Najbardziej cieszy to, że same garną się do występu. Mówią: „Słuchaj, jesteśmy niedaleko, mamy wolny wieczór i chcemy u was zagrać. Podobno Pamela to ciekawe miejsce”.

    Promujecie w Pameli konkretne gatunki muzyczne?

    Nie. Może u nas wystąpić niemal każdy: gramy i bluesa i hardcore. To nie wszystko. Zawsze jako support występuje młody zespół – najczęściej z Torunia. Tak karierę zaczynał Manchester.

    Co z atmosferą na koncertach?

    Czasami wciąż ludzie zaglądają przez okna (śmiech). Jest kameralnie. Najbardziej cenię bliskość widowni i sceny. Początkujący muzycy przechodzą tutaj niezłą szkołę. Większość zespołów broni się, ale publiczność ma czujne oko i nie da się oszukać. Jeżeli na scenie nie ma pasji, to nie ma reakcji z drugiej strony. To się w muzyce nie zmieniło.

    A co jest inne niż kiedyś?

    Dziś ludzie mają więcej dystansu do muzyki, nie są tak wygłodniali. 25 lat temu wydanie płyty było miarą sukcesu zespołu, a kaseta albo winyl – marzeniem fana. Dziś jest internet, trudniej zaistnieć na stałe w świadomości. Artyści też się zmienili. Nie ma chyba jednak co porównywać rockmana z lat osiemdziesiątych do dzisiejszego muzyka: pływania z bieganiem się po prostu nie porówna.

    Niektórzy mówią „kiedyś to było dobrze…” Uważasz, że kondycja współczesnej muzyki pozostawia wiele do życzenia?

    Wypowiem się o scenie rockowej. Myślę, że dzisiejsza toruńska scena jest równie bogata, jak ta sprzed 30 lat. W naszym mieście działa wiele zespołów, często reprezentują bardzo dobry poziom. Naprawdę nie ma na co narzekać.

    Dlaczego założyłeś wydawnictwo i zacząłeś wydawać płyty?

    Po to, by zachować w pamięci klimat tego miejsca. Nasze albumy to nagrania koncertowe. Gdybym w pojedynkę chciał założyć wydawnictwo, to bym poległ. Pomogli przyjaciele. Zresztą jak chyba we wszystkim. Mam to szczęście, że współpracuję z wieloma bardzo zdolnymi ludźmi…

    Na początku były koncerty, potem wydawnictwo, a teraz organizujecie HRPP Festiwal, na który przyjedzie pierwszy perkusista The Clash. Gdyby 13 lat temu ktoś ci powiedział, że Pablo LaBritain będzie gościem na twojej imprezie, to…

    …bardzo bym się ucieszył, ale też spowodowałoby to moją refleksję. Gdy myślę The Clash, to przypominam sobie rozmowę z kolegą. On mnie pyta: „Jedziemy na koncert The Mescaleros?” ( zespół założył lider The Clash Joe Strummer – dop.red.) Odpowiadam: „Nie. Poczekam, aż reaktywuje The Clash”. Cóż, jak wspomniałem, nie zawsze podejmuje się dobre decyzje.

    The Clash w 1977 r. Śpiewa Joe Strummer, na perkusji Pablo LaBritain, który w sobotę pojawi się na HRPP Festiwal:

    Z koncertami też nie zawsze się udawało?

    Tak. Kiedyś w Pameli trzeba było wybrać jeden z dwóch zespołów: albo Oddział Zamknięty, albo Aneta Lipnicka z Johnem Porterem. Problemem nie były finanse. Wybrałem pierwszą opcję, będąc pewnym, że na Lipnicką i Portera mam jeszcze czas. Niestety oni po dwóch miesiącach wydali płytę i poszybowali gdzieś pod finansowe niebiosa – stali się dla Pameli za drodzy.

    13 lat to długi okres. Proszę o jakąś anegdotę życia klubu.

    Pewnego dnia w trakcie jednego z koncertów w Pameli musiałem zwrócić uwagę jednemu z toruńskich muzyków, który myślał, że już niedługo będzie gwiazdą. Podszedłem więc do niego i powiedziałem, żeby wyluzował, bo niepotrzebne są nam tu sceny. On pogroził mi palcem i rzucił: „Znam szefa, jesteś zwolniony”. Po tym jak się zorientował, kogo „zwolnił” (śmiech), wrócił i powiedział: „Ale mieliśmy tu zagrać.” Dałem mu do zrozumienia, że w takiej sytuacji będzie z tym pewien problem. On znów pogroził mi palcem i rzucił: „Zobaczysz, za miesiąc będziesz błagał, żebyśmy tu zagrali.” Pewnie kiedyś rzeczywiście zagrają… ale może tym razem mnie nie zwolni (śmiech).

    Jeszcze dwie sprawy: bezpłatne koncerty i dziwna nazwa…

    Na wszystkie wydarzenia wstęp jest wolny, bo miejsce jest specyficzne. Poza tym to tradycja. Byliśmy pierwszym organizatorem w Toruniu, który zapraszał na darmowe koncerty. Nazwa? Taka już była, gdy przejąłem lokal. Na początku po cichu myślałem, żeby coś z tym zrobić, ale dziś? Pamela to marka.

    Rozmawiał Chesney

    Hard Rock Pub Pamela
    ul. Legionów 36
    www.pubpamela.pl
    rock@pubpamela.pl
    tel.: (56) 66 10 565


    • RSS
    • Gadu-Gadu Live
    • Twitter
    • Blip
    • Śledzik
    • Facebook

Dodaj komentarz