RECENZJE: „Niezniszczalni”
-
Dodano: 21:09 2 września 2010
Gdzie: Cinema City
Kategorie: Recenzje, Wiadomości
Tagi: Filmy, Marcel Woźniak, Recenzje
The Boys Are Back In Town!
Tym właśnie utworem legendarnego Thin Lizzy kończą się „Niezniszczalni” – i wiecie co? Jest w tym cholerna racja – bo herosi ery video wracają na ekran w wielkim stylu!Słowo wstępne. Dziś i cała sztuka współczesna, i kino również (3D, USB…) szuka sposobu na zdefiniowanie własnego kształtu. Błyskotki trącąc myszką wabią nas jednocześnie. Blichtrem, obietnicą hipnozy, incepcji. Wabią lateksowe lalki i zniewieściałe wampiry. Jak tu zatem oceniać film, który z jednej strony sięga do zakurzonego kufra z videoteki, z drugiej – mami tapetami na komóry i dzwonami na iPhony? Tak. „Niezniszczalni”, to świetny produkt, z fajerwerkami i wielką wstążką. W kolorze moro. Jaki jest ten film?
Cóż – na pewno „chłopczynalski”! Co tu dużo mówić, Antonionim to Sly nigdy nie był (chociaż przymierza się do filmu o Edgarze Allanie Poe!). Ale nie o to! Scenariusz filmu jest świeży i choć wykorzystuje schemat typowego filmu akcji, to broni się niesamowicie rewelacyjną obsadą i dialogami gwarantującymi ubaw po pachy. Film kipi humorem i gdyby nie jedna scena z Mickeym Rourke oraz finał (tu minus za niedopracowaną dokrętkę w studiu), to film uznalibyśmy za przednią komedię.
Bohaterami są najemnicy z grupy ‘Niezniszczalnych’. Przewodzi im Sly, a skład tworzą Statham, Jet Li, Dolph Lundgren i inni. Zlecenia załatwia im Mickey Rourke. Jednym z kontrahentów jest Bruce Willis. Mało? Do przetargu staje też Schwarzenneger! Scena spotkania Rambo, Terminatora i Johna McLane’a przejdzie do klasyki kina. To pierwszy raz, kiedy panowie ci wspólnie wystąpili na ekranie. Aż dziw bierze, że Arnold zgodził się na to. Zadeklarował przecież, że jako gubernator Kalifornii zadeklarował, że nigdy nie wystąpi w obrazie epatującym przemocą. Co wynikło ze spotkania – o tym przekonajcie się sami.
Sprawą dyskusyjną pozostaje, czy reżyser (ale także scenarzysta, aktor i kaskader w jednym, czyli Sylvester Stallone) celowo swoje postacie zunifikował z innymi bohaterami, w których poszczególni aktorzy się niegdyś wcielali, czy też był to jego chybiony zamysł. Faktem jest, iż Lundgren (wracający na ekran po wielu latach, były karateka i… chemik!) bardzo przypomina postać Scotta z „Uniwersalnych Żołnierzy” – wojownika, któremu wojna wypaczyła umysł. Mickey Rourke jest najbardziej lirycznym z wszystkich Niezniszczalnych, a scena w salonie tatuażu przywołuje nie tak odległe obrazy z „Zapaśnika”. Jet Li, jak na stereotypowego Azjatę przystało, mało mówi i dużo robi („Człowiek Pies”).
Można ciskać gromy na kino stylu zerowego i filmy klasy B, przypinać łatki, wieszać psy, szufladkować je i szafować… opiniami na ich temat, a względnie robić te wszystkie rzeczy naraz. Ale jednemu nie da się zaprzeczyć. Era video spod znaku Johna Rambo, Terminatora i „Szklanej Pułapki” była udziałem większości z nas. Niezaprzeczalnie. I szczerzyliśmy się do ekranów, które ani wtedy nie były grubości tabliczki czekolady, ani jej wielkości. Chodziliśmy do kin, w których ani nie było klimatyzacji, ani dolby, ani hot spota. I wiecie co? Mieliśmy wtedy cholerny ubaw. Nie fun, zen i kinder bueno, ale przednią zabawę i gumy Turbo.
„Niezniszczalni” wracają w wielkim stylu, pod prąd kultowi młodości. I choć na czasie jest ekranowe efekciarstwo, to oglądając ten film mamy pewność, że wybuchający budynek wybucha na prawdę, a 64-letni Stallone, który zjadł zęby na kinie akcji, w filmie walczy na serio – m. in. z zawodowym wrestlerem Stevem Austinem. Przypłacił to z resztą poważnym uszkodzeniem kolana. Stallone – nie Austin. W tym kontekście plastikowe karabiny i napakowani komandosi są paradoksalnie bardzo autentyczni. Nie wygenerowani w komputerze, ale tacy, jakimi ich zapamiętaliśmy. Prosto z kasety vhs. Ognia!
Marcel Woźniak









