WYWIAD / Beata Tadla
-
Dodano: 02:12 3 stycznia 2012
Kategorie: Wiadomości
Wywiad: Beata Tadla
Adrian Aleksandrowicz: „Pokolenie 89”, pierwsza książka Pani autorstwa to książka bardziej dla dzisiejszych 30-, 40-latków czy dla ich dzieci? Ona ma bardziej przypominać o PRLowskiej rzeczywistości czy ją pokazywać i jej uczyć?
Beata Tadla: Książka była adresowana do moich rówieśników, reprezentantów tej samej generacji co ja, czyli dzisiejszych około 40latków. Uwielbiamy opowiadać o swoim dzieciństwie, o wszystkich gadżetach z PRL, co nie znaczy, że gloryfikujemy tamten czas. Sentyment bierze się stąd, że po prostu innego dzieciństwa już mieć nie będziemy. Poza tym to doskonały punkt odniesienia do dzisiejszej rzeczywistości. Potrafimy bardziej docenić to, co mamy i mało w nas postawy roszczeniowej. Do takiej wartości próbujemy przekonać także nasze dzieci i pragniemy pokazywać im historię w nieco inny sposób. One są zainteresowane naszą codziennością, opowiadajmy o niej! Dzieci nie są w stanie sobie tego wszystkiego wyobrazić, jeśli my im tego w głowach nie narysujemy. Dlatego, uważam, że jest to książka dla około 40latków, którzy jeszcze chcą wspominać i rozmawiać o swoich dzieciństwie, ale też dla ich pociech, którym warto przybliżyć świat podwórek, tych kluczy na szyi, Teleranka, kapsli, Peweksów, Relaksów. To nie jest odległa historia ale myślę, że bardzo ciekawa i jeśli znajdziemy umiejętność jej ciekawego opowiadania to nasze dzieci się nią po prostu zainteresują.Adrian Aleksandrowicz: Książka to 47 wywiadów, co było kluczem w doborze rozmówców?
Beata Tadla: Przede wszystkim ich wiek, wszyscy mają około 40 lat, niektórzy więcej niektórzy mniej. Spędzili zatem połowę życia w PRL i połowę w wolnej Polsce. Książka została wydana w 2009 roku, czyli 20 lat po obradach Okrągłego Stołu, taki moment już się więcej nie trafi, nigdy nie będziemy w takim punkcie historii, by wiek dzieci PRL był właśnie tak rozgraniczony. To pierwszy wspólny punkt, drugi to opowieść o tym, że rok 89 był dla nas bezcenny, bo wprowadził nas w nowe życie, nasz wreszcie przestała ograniczać żelazna kurtyna, mogliśmy zacząć wąchać i smakować ten „lepszy” świat. To ludzie, dla których pewną cechą wspólnotowości jest początek lat 90. czyli Polska, która musiała tworzyć nowe profesje z racji tego, że ich w PRL nie było. Zawody managerskie, wolne media, niezależne banki, korporacje, prywatne przedsiębiorstwa…. To wszystko trzeba było zbudować od zera i to był moment, w którym my wchodziliśmy w dorosłe życie.
Adrian Aleksandrowicz: Czy sukces „Pokolenia 89” był bezpośrednim bodźcem do napisania kolejnych książek?
Beata Tadla: Moim głównym bodźcem jest moje dziecko. Kiedy pomyślałam sobie, że trochę oddalają się generacje dzieci i ich dziadków i nie potrafimy ich do siebie zbliżyć, że nie mają punktów zbieżnych to postanowiłam zabrać ze sobą grupę 9latków do dziesięciorga ważnych dla mnie Polaków. Mówię o nich, że to są bohaterowie z mojej bajki, stąd podróż do Lecha Wałęsy do Gdańska, stąd rozmowa z Anną Dymną, z Mirosławem Hermaszewskim, z Ireną Szewińską, z Ireną Santor, z ludźmi, którzy nie są bohaterami pierwszych stron tabloidów, ale mają na koncie rzeczy wielkie. Chciałam pokazać dzieciom, że do tych wielkich rzeczy można dojść, że można o nich marzyć i można je osiągnąć. Przy tych rozmowach, kiedy dzieci zadawały pytania, okazało się, że te dwa pokolenia bardzo się lubią, są siebie ciekawe. Na podstawie tych rozmów powstała książka „Kto Pyta nie błądzi. Rozmowy wielkich i niewielkich”.
Adrian Aleksandrowicz: Wróćmy do „Pokolenia 89”, ostatnim „rozmówcą” jest właśnie Beata Tadla. Co było bardziej pasjonujące, poznawanie PRLowskich historii innych czy przypominanie sobie swojej własnej?
Beata Tadla: Swoją historię ciągle pamiętam, bo ona w jakiś sposób mnie ukształtowała, stworzyła dzisiejszą mnie. Najciekawsze było to, że kiedy rozmawiałam z ludźmi o różnych rodowodach i korzeniach, przedstawicielami różnych branż i zawodów okazywało się, że my mamy naprawdę bardzo wiele wspólnego. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że ta książka ma sens, że jesteśmy generacją wspólnoty. Myślę, że pokolenia, które się teraz tworzą nie będą już miały szansy posiadania tylu punktów zbieżnych w dzieciństwie i młodości. Dzieciństwo w PRL i możliwość obserwowania zmian społecznych po wielkim przełomie to wydarzenia, które dały nam tożsamość.
Adrian Aleksandrowicz: Jak zmieniło się dziennikarstwo od momentu kiedy Pani zaczynała? Czy pod względem warsztatu są to zmiany na lepsze czy na gorsze?
Beata Tadla: Początek lat 90. to oczywiście tworzenie się rynku wolnych mediów, wcześniej nie mieliśmy żadnych przykładów, w związku z tym postanowiliśmy sami stworzyć obraz polskiego dziennikarstwa w demokratycznej rzeczywistości. Oczywiście, że Internet spowodował duże zmiany. Szybka telewizja, szybki komunikat radiowy, coraz krótsza informacja w gazecie kosztem krzyczącego tytułu spowodowały, że przekaz staje się niestety coraz bardziej powierzchowny. Chcemy jak najwięcej różnych danych zawrzeć w obrębie ekranu komputera, wszystkie portale mają mnóstwo artykułów jedynie zapowiedzianych tytułami, po których trzeba skakać. Tabloidy czasem robią dziennikarstwu złą robotę, bo nie wahają się użyć manipulacji i kłamstwa. Wiem też, że media publiczne powinny być przykładem doskonałego dziennikarstwa, powinny tworzyć wzorce i realizować misję edukacyjną nie konkurując na siłę z mediami komercyjnymi. Tam powinny być programy, których w komercyjnych stacjach nigdy nie zobaczymy, a media publiczne o tym zapomniały. Oczywiście są telewizje informacyjne nadające swoje programy na żywo. Dzięki nim mamy wrażenie, ze jesteśmy bardzo blisko wydarzeń i możemy je śledzić krok po kroku.
Adrian Aleksandrowicz: Istnieją jeszcze osoby, z którymi chciałaby Pani porozmawiać? Możemy liczyć na „Pokolenie 89 2”?Beata Tadla: Kilka dni temu wyszła moja kolejna książka „Niedziela Bez Teleranka”, są tam wywiady ze świadkami epoki, niekoniecznie ludźmi, którzy są przedstawicielami mojego pokolenia, ale są specjalistami i widzieli na własne oczy przeobrażającą się rzeczywistość. Kiedy rozmawiam o tym, jak zmieniła się muzyka, czy nasze podejście do audycji radiowych to oczywiście z Markiem Niedźwieckim. Jeśli zadaję pytania o motoryzację, o to jak zmieniły się polskie ulice, samochody, czym kiedyś jeździliśmy, czym jeździmy dzisiaj, to zapraszam do rozmowy Włodzimierza Zientarskiego. To opowieść o czasach, które tak bardzo się zmieniły na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Ale myślę, że jest jeszcze mnóstwo dziedzin życia i branż, o których można by napisać całe książki, i kto wie czy nie powstaną.
Adrian Aleksandrowicz: Druga Pani książka, o której już wspomnieliśmy „Kto Pyta Nie Błądzi” to książka, która zawiera pytania jakie znanym Polakom zadawały dzieci. Jak przebiegała ta współpraca? Czym różnią się pytania zadawane przez dzieci od tych, jakie zadaliby dorośli?
Beata Tadla: Dzieci nie mają skrupułów. Jak chcą powiedzieć dorosłemu, że jest brzydki, to mu to mówią. Nie mają poczucia, że nie wypada. Chociaż oczywiście kindersztuby im nie odmawiam, bo dzieci, które zostały wybrane są bardzo kulturalne. One musiały się do tych rozmów przygotować w domu, nie było sytuacji, że któreś pytało: A kto to jest? Kazałam im poczytać na temat naszych rozmówców i pomyśleć, o co chciałyby zapytać. Mnóstwo pytań oczywiście padło spontanicznie, to też duża wartość. Czym te pytania się różniły? Dorosły pewnie pytałby Mirosława Hermaszewskiego o to jak się czuł w stanie nieważkości? Jaki był ten pierwszy krok na ziemi po powrocie z kosmosu? Dzieci pytają po prostu: Widział Pan Boga? Jak to nie było tam Boga? A może były ufoludki, skoro Boga nie było? A gdzie Pan się załatwiał? A jak Pan mył zęby? Dzieci takie pytania zadają. My staramy się być bardziej poważni a dzieci nie i to bardzo dobrze.
Adrian Aleksandrowicz: W swojej karierze zdarzyło się Pani pracować zarówno w radiu jak i w telewizji, w czym warsztat dziennikarza radiowego pomaga a w czym przeszkadza w pracy na wizji?
Beata Tadla: Myślę, że w niczym nie przeszkadza. Przeciwnie. Uważam, że radio jest najbardziej wartościowym doświadczeniem, jakie może sobie wyobrazić dziennikarz telewizyjny. Radio uczy zabawy słowem. Na antenie zwracamy uwagę na to jak mówimy, co mówimy, dbamy o to, żeby słowami namalować obrazek, bo jak słuchacz może wyobrazić sobie katastrofę albo wybuch wulkanu? My musimy tak to opisać, żeby on mógł to w swojej głowie zobaczyć. Telewizja jest o tyle łatwiejszym medium, że dostarczamy gotowy obrazek. Czasem po prostu nie przeszkadzamy w odbiorze tego obrazka naszym widzom. Uważam, że dzięki temu, że pracowałam z mikrofonem, byłam reporterką, dzisiaj już nią nie jestem, ale kiedy reporter mówi mi, że czegoś się nie da zrobić a jest na miejscu wydarzenia, to ja mu po prostu wierzę. Gdybym nie miała takich doświadczeń może wymagałabym zbyt wiele?
Adrian Aleksandrowicz: Kiedy zrozumiała Pani, że dziennikarstwo to właśnie „ta” droga życiowa?
Beata Tadla: To był przypadek. Marzenia o aktorstwie umknęły w zaświaty kiedy wygrałam casting do radia, które się właśnie tworzyło w Legnicy w 1991 roku. Nie miałam wtedy jeszcze świadomości, że informowanie ludzi to jest misja i ogromna odpowiedzialność, że ja w to naprawdę wierzę. Musiałam do tego dojrzeć, spotkać się z widzami, słuchaczami i zobaczyć jakie na nich wrażenie wywiera ta praca, z czym ona się po prostu wiąże. Wtedy sobie pomyślałam, że informowanie człowieka to wpływanie na jego świadomość, wrażliwość, na jego życie…
Adrian Aleksandrowicz: Ogromną odpowiedzialnością jest także zdobyty przez Panią w 2010 roku tytuł Mistrza Mowy Polskiej, co on dokładnie dla Pani oznaczał?
Beata Tadla: Piętrzące się trudności bo wtedy wszyscy zaczęli jeszcze bardziej zwracać uwagę na to, jak ja mówię, zaczęli przychodzić do mnie i pytać, jak się odmienia to czy tamto. A to też nie jest tak, że ja wszystko wiem. Każdy sie czasem zastanawia, czy uzyl odpowiedniej formy gramatycznej. Błędów nie wyeliminujemy, ale dając dobry przykład możemy sprawić, że będzie ich mniej. Natomiast ten tytuł jest słodkim ciężarem, zobowiązaniem, by mówić jeszcze bardziej wyraźnie, płynnie, zrozumiale dla swojego odbiorcy, żeby nie używać schematów językowych, żeby wyszukiwać słowa, które będą świadczyły o tym, że się po prostu staram. A jeśli się staram to znaczy, że szanuję człowieka, do którego mówię.
Adrian Aleksandrowicz: Kiedy poczuje się Pani dziennikarzem zawodowo spełnionym?
Beata Tadla: Każdego dnia czuje się zawodowo spełniona. Bo każda informacja to jest dostarczenie nowej wiedzy człowiekowi. Pamiętam pewną sytuację. Miałam serwis o godzinie 14. Pojawiła się wtedy informacja, że zaginął- kiedyś znany polityk -Stanisław Alot. Zadzwonił policjant z informacją, że żona zgłosiła jego zaginięcie. Porozmawialiśmy o tym na antenie. Pokazaliśmy jego zdjęcie. Miałam niewiarygodną satysfakcję, ponieważ w serwisie pół godziny później mogłam poinformował, że Stanisław Alot się znalazł. Dyrektor szpitala, do którego trafił po wypadku samochodowym rozpoznał go i zadzwonił z tym do nas. Alot nie miał dokumentów przy sobie, był nieprzytomny, trudno było poznać jego tożsamość. To jest taki moment, w którym czuję satysfakcję i spełnienie zawodowe. Szczególnie kiedy mogę informować o rzeczach dobrych, dających ludziom nadzieję i otuchę.
Adrian Aleksandrowicz: Istnieje taki dziennikarz, którego uważa Pani za wzór do naśladowania?
Beata Tadla: Nie ma jednego, konkretnego. Jest za to wielu, którym chciałabym ukraść jakąś cechę. Od jednego chciałabym dostać szybkie puentowanie, od drugiego błyskotliwość, od trzeciego świetną pamięć. Gdyby była jedna taka osoba, boję się, że chciałabym ją za wszelką cenę naśladować.
Adrian Aleksandrowicz: Rozmawiamy o zawodzie dziennikarza informacyjnego a w swojej karierze pracowała Pani również w tak zwanej rozrywce, przygotowując program Klub Młodej Mamy w telewizji TVN Style, co to doświadczenie Pani dało?Beata Tadla: To nie była rozrywka, w kanale typowo rozrywkowym znalazł się kącik praktyczny. Rady dla młodych rodziców, bardzo ważne tematy, a nie żadna rozrywka. Teraz jest mnóstwo poradników, książek, czasopism dla młodych rodziców, wtedy rynek nie obfitował aż tak. W programie można było pokazać pewne zagadnienia, porozmawiać o nich, a niekiedy były to kontrowersyjne tematy. Przy okazji dowiedziałam się jak pracować z kamerą. Oczywiście ni jak ma się to do pracy na żywo, bo jeśli się pomylę to trudno, poszło, a wtedy mogliśmy coś powtórzyć, nagrać drugi raz, wybrać najlepszą wersją. O tyle było to cenne doświadczenie, że nauczyło mnie warsztatu, ale praca w newsach jest czymś zupełnie innym.
Adrian Aleksandrowicz: Dziękuję za rozmowę.









