OSKARY / W ciemności
-
Dodano: 16:54 21 stycznia 2012
Kategorie: Wydarzenia
Tagi: Film, kino, oskary, recenzja, Recenzje, Żaneta Dolatowska
„W ciemności”, reż. Agnieszka Holland
O Holocauście bez martyrologii
Agnieszka Holland zwykła traktować temat II wojny światowej w wyjątkowo niepoprawny politycznie sposób. W „Europa, Europa” żydowski chłopak ukrywa się przed Holocaustem, wstępując w szeregi… Hitlerjugend. Historia oparta na faktach, tak samo jak „W ciemności”.
Tym razem reżyserka opowiedziała o grupie Żydów i o Polaku, który przechowywał ich przez ponad rok we lwowskich kanałach.
Rzecz w tym, że ani Żydzi, ani ich „wybawca” nie budzą sympatii, a nawet wydają się odpychający. W roli kanalarza Sochy zadziwiający Robert Więckiewicz, który nie tyle gra, co wręcz zrósł się z rolą. Nie ma w sobie za grosz szlachetności czy miłości do bliźniego. To pospolity złodziej. Uciekinierów z getta ukrywa, by się wzbogacić – przypadek nierzadki podczas wojny, a często… ukrywany właśnie.
W historii kultury zakorzenił się wizerunek Żydów, jako wychudzonych postaci w pasiakach – ofiar Holocaustu. U Holland nie zachowują się jak bezbronne ofiary, nie mają też poczucia wspólnoty. Nawet doświadczenie getta ich nie jednoczy. Kłócą się, zdradzają, gardzą sobą nawzajem. Atakują też bezustannie swego „wybawcę”. Bo i mają podstawy, by mu nie ufać.
Scena, w której Socha ratuje Mundka od śmierci z rąk esesmana, a zaraz potem zostaje obdarzony przez ocalonego epitetem „ty kapusiu”, wprawia w osłupienie. Jeśli ktoś jest tu z kimś solidarny, to jedynie z członkami najbliższej rodziny. Każdy chce ochronić tylko swoje dzieci. W dodatku w kanałach szerzy się bezpruderyjny erotyzm – to nie kojarzy się z obrazem masowej zagłady, jaki rozgrywa się kilka metrów wyżej.
Czy Agnieszka Holland nie wierzy w szlachetność ludzkiej natury?
Raczej w to, że nie ma co do niej złudzeń i nie chce jej upraszczać dla wygody kinowego widza. Ludzie są tu i dobrzy, i źli jednocześnie. Sochę dopada „syndrom Oskara Schindlera”. Przestają się dla niego liczyć pieniądze, nie dba już o bezpieczeństwo własnej rodziny. Wewnętrzny imperatyw każe mu schodzić do kanałów i doglądać „swoich Żydów”. Nie można jednak powiedzieć, że przeszedł tę samą „hollywoodzką” wewnętrzną przemianę, co Schindler u Spielberga. U Holland nie wznosi się na wyższy poziom człowieczeństwa, a jeśli nawet, to możemy się tego wyłącznie domyślać. W filmie nie odnajdziemy jakichkolwiek moralnych deklaracji. Żydzi też nie są niewdzięcznymi egoistami. Ulegają temu, co każdy z nas – boją się, kochają, nienawidzą, wspierają albo zazdroszczą sobie nawzajem. Film pokazuje grozę wojny, ale bez zacięcia martyrologicznego, który zwykłych ludzi przeistacza w zbiorowy symbol męczeństwa.
Nie sprowadza się tu ludzi, postawy ani sytuacji do wspólnego mianownika tylko po to, by łatwiej wystawić ocenę z etyki. W czasach, kiedy dobro i zło przestają być pojęciami jednoznacznymi, decyzje, które mogą ocalić życie jednym, uderzają w innych. Nie wiadomo, jak postąpić i wątpliwości nie mają tylko ci, którzy chowają się za plecami innych.
Socha nie jest typem, który poświęcałby czas na moralne rozterki. Działa instynktownie, nieraz niezupełnie zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów. Bo każdy zostaje sam ze swoimi wyborami, dokonywanymi. Często na oślep, po omacku – w ciemności.
Żaneta Dolatowska
fot. Kino Świat









